Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2009

Nieruchomości III

Na dzień dobry dostałem mandat na 100 zł i 1 pkt. karny. Pierwsze w życiu. Kfuck!

Potem pojechałem na rozmowę do agencji nieruchomości. Rozmawiałem z panią przez godzinę. A właściwie to ona mówiła. Zobaczymy. Ma zadzwonić. Warunki w miarę OK.

Po rozmowie pojechałem kupić książkę do księgarni PWN na ul. Wodnej. Dupa. Od 1 grudnia księgarnia przeniesiona na ul. Mielżyńskiego (w miejsce dawnej Kapitałki - tak dla wiadomości). Ale dzięki temu zauważyłem "nowy" (nowy dla mnie) punkt na mapie Poznania - Café de Paris.Podchodzę bliżejŁał! Myślę sobie - No nieźle. Wchodzę, uśmiecham się do panienki i pytam czy mają Leffe'a. Czy co mają? Twarz panienki przybiera kształt znaku zapytania. Takie piwo - belgijskie - bardzo dobre i bardzo popularne. Nie, nie mają. Popatrzyłem. Zapytałem się od kiedy funkcjonują. Od marca. A piwa mają od września (pewnie na studentów liczyli). Życzyłem powodzenia i wyszedłem.
Sukcesu im nie wróżę. Klimatu nie ma. Nie mogli się zdecydować na profil (paryska kawiarnia, a piwo belgijskie? - takie rzeczy tylko w Paryżu, no i nie mają Leffe'a). Panienka chyba po francusku to tylko "żetem" zna (a w sumie, szkoda, że nie zagaiłem po francusku). No i ostatnia rzecz - pisze się Café de Paris /kafe d pari/, a nie Cafe de Paris /kaf d pari/.

Po przeciwnej stronie jest mała Barcelona, ale oceny się nie podejmuję, bo z Barcelony najlepsze wspomnienie przywiozłem o ichnim lajtowym, limonkowym piwie, które ratowało w upały.A na rynku jarmark przedświateczny (ale dużo skromniejszy niż na La Defense).

czwartek, 12 listopada 2009

Moje licealne miasto

czyli Jarocin.
Pojawiłem się w nim pierwszy raz od 3 lat (tak mi się wydaje, spotkanie klasowe w 2006 roku, porobiłem się;)). Trochę się zmieniło, ale w sumie niewiele. Przede wszystkim zmieniło się w moim wyobrażeniu. W ciągu czterdziestu minut przeszedłem je dwa razy wzdłuż i wszerz. Sprawdziłem czy istnieją jeszcze bary, do których uczęszczałem dziesięć lat temu. Większość istnieje. Nie wiem jakie teraz są w środku, bo nie wstępowałem. Raz, że byłem kierowcą, a dwa, że nie ma teraz tego towarzystwa, z którym spędzałem tam czas (i tu przy okazji pozdrawiam ekipę, z którą przesiedziałem pierwszą i drugą klasę w 10,5 oraz ekipę, z którą przesiedziałem czwartą klasę w Diabliku).

Dworzec kolejowy w Jarocinie. Jeden z ładniejszych jakie znam.
Żeby dostać się do miasta, trzeba przejść przez ten most nad torami (można również po torach, ale ryzykuje się mandat od sokistów). Most ten można zobaczyć w jednym z filmów o jarocińskim festiwalu.
Możemy wstąpić na pierwsze piwo lub pitę z surówką (dawno temu zwaną przez nas "pipą z gnojem"). Kiedyś Max znajdował się tylko w budynku po prawej. Teraz widzę, że przejął również kiosk, w którym mieściła się kolektura Totalizatora Sportowego, a także jeden budynek dalej (w prawo).PKS Jarocin. To tutaj przez cztery lata wsiadałem/wysiadałem do/z starego i śmierdzącego autobusu, aby udać się do szkoły/domu. Ten pan zaznaczony na czerwono znany mi jest z widzenia, tzn. 10 lat temu też jeździł pekaesem. Dom Kultury w Jarocinie. Widzę (chyba wtedy jeszcze tak się nie nazywał), że placyk przed nim został nazwany na cześć imprez, z której Jarocin słynie. I dobrze.Dziś Stajenka, a za moich czasów bar (pub?) Relaks, choć przez nas i tak zwany był "dziesięć i pół" (czy ktoś jeszcze pamięta to piwo?). W tym lokalu spędzałem większość wolnego czasu w pierwszej i drugiej klasie. Piwo i zrzutki na frytki :)Ratusz na rynku
Bar Diablik - nazwa bez zmian. W nim spędzałem wolny czas w czwartej klasie. Szklane blaty stolików i sympatyczna obsługa. Miejscówka najczęściej przy oknie, żeby można obserwować dziewczyny na rynku ;)
Pub Chicken - nazwa bez zmian. W nim też od czasu do czasu bywałem. Położony na uboczu, nie tak daleko od szkoły. Ale jakoś specjalnie zadomowiony w nim nie byłem.Obecnie Pub Jackpot, a za moich czasów Bar pod 13 (nr domu). Mój pierwszy jarociński bar i pierwsze piwo w tym mieście, jeszcze na nielegalu, bo wypite zaraz po egzaminie wstępnym (albo poznaniu wyników egzaminu?). Ogólnie niezła melina, powietrze od dymu gęste. W barze można było kupić papierosy na sztuki, a także (choć nie jestem na 100% pewien), tanie wino na szklanki (a może to w Róży było?).Może zastanawiacie się, gdzie spędzałem wolny czas w trzeciej klasie? Otóż w trzeciej klasie miałem tak plan lekcji dopasowany, że przyjeżdżałem prosto na lekcje, a po ich zakończeniu szedłem na dworzec PKS i wracałem do domu. Nie znaczy to oczywiście, że piwa nie było. Było, a jakże.

środa, 12 sierpnia 2009

Jak nas widzą

czyli o książkach (przewodnikach) o Polsce.

Błędy - rzecz ludzka, więc nad tym zdjęciem i opisem nie będę się pastwił.
W skrócie: w ramce napisane jest, że są to kutry w czasie odpływu na plaży. Sorrry, ale ileś tam razy byłem nad polskim morzem i nigdy nie widziałem odpływu/przypływu (co we Francji jest rzeczą całkiem pospolitą). Zonk dla wydawcy.

Nie będę się wymądrzał, zdjęcie zostało zrobione, czyli taki człowiek był. Ja nigdy nie widziałem takiego pielgrzyma. A ileś tam pielgrzymek w życiu widziałem i gościłem.
No i ostatnie zdjęcie. Megatendencyjne. Rzecz dzieje się najprawdopodobniej na Wschodzie (czyli w tej mojej nieszczęsnej Exotic Poland) - wskazuje na to piwo Leżajsk. Zwróćcie uwagę na nowe kalosze stojące po prawej stronie. Stwierdziłem, że nowy zakup trzeba było opić ;)
Nie chce mi się tłumaczyć całości, musi Wam wystarczy prawy dolny blok (tytuł podrozdziału: Ludność wiejska):
"Polacy doceniają wielkie zjazdy rodzinne, kiedy wiele dziesiątek rodziców się zbiera, aby jeść i pić przez 2 lub 3 dni. W takich okazjach wódka wysokoprocentowa leje się strumieniami. Brak tego trunku w czasie uroczystości byłby zresztą zinterpretowany jako brak gościnności lub oznaka ubóstwa gospodarzy. Wesela, jak tradycja nakazuje, powinny trwać przynajmniej 3 dni."

czwartek, 16 lipca 2009

Tour de Bretagne (4)

Znów wyjechaliśmy z kempingu po jedenastej. Przejechaliśmy zaporę na Rance i skręciliśmy na północ do Dinard. Następnie przez Saint Lunaire pojechaliśmy w stronę Saint Briac. Tuż przed Saint Briac jest Garde Guerin i z tego właśnie miejsca chciałem pokazać Stefanowi dom Doatów. Wspięliśmy się zatem na wzgórze i zrobiliśmy kilka zdjęć.

Żeby zejść mieliśmy do wyboru dwie drogi, wybraliśmy tę szerszę (przedzierać się z rowerami między jeżynami to wcale nie jest taka łatwa sprawa). I kiedy tak schodziliśmy, oczom naszym ukazał się Francois - z pochodzenia Włoch, którego poznałem w 2005 roku, kiedy opiekowałem się małymi Doatami. Zaskoczenie było spore. On chyba jednak bardziej się zdziwił. Ja też, ale i tak zamierzałem go odwiedzić. Umówiłem się z nim, że podjedziemy ze Stefanem pod dom Doatów, a potem do niego wpadniemy. Tak też zrobiliśmy.

Wiedziałem, że Doatowie remontują i powiększają ich letnią rezydencję. I rzeczywiście - bardzo ładnie teraz wygląda, a duże przeszklone ściany zapewne dają piękny widok na morze.

U Francois zjedliśmy obiad, Stefan wypił pierwszy raz w życiu pastis, a potem podziękowaliśmy i pojechaliśmy do Minihic sur Rance, bo chciałem jeszcze odwiedzić dziadków Doatów. Dziadek Doat mnie nie poznał - w końcu widzieli mnie bardzo dawno temu i tylko kilka razy, babcia natomiast mnie poznała. Wypiliśmy u nich szklankę soku, a babcia w tym czasie opowiedziała mi, że Caro miała wypadek - spadła z konia i jest w gorsecie ortopedycznym i w ogóle nieciekawie - nie mogła wziąć udziału w konkursie, w którym w ubiegłym roku była mistrzynią Francji. Potem podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy w drogę - na południe, do Dinan, gdzie chcieliśmy dotrzeć przed pogorszeniem pogody, które nam zapowiedział i Francois i babcia Doat.

Dość długo jechaliśmy szosą, aż w końcu trafiliśmy na chemin de halage (ścieżka wzdłuż rzeki, którą kiedyś szły zwierzęta, które ciągnęły barki).

Ścieżką tą dojechaliśmy do samego Dinan (a właściwie portu Dinan, które jest nad rzeką, bo miasto jest na wzgórzu).

Akurat udało nam się w ostatniej chwili znaleźć informację turystyczną (pani już zamykała drzwi) i dała nam adres kempingu miejskiego. Zaraz też tam zadzwoniłem zapytać się czy są wolne miejsca - były, ale pani też już szła do domu, więc powiedziała, żebyśmy się rozbili, a zapłacimy następnego dnia rano. Na kempingu rozbiliśmy się z pomocą młotka od sąsiada z Niemiec - ziemia była bardzo ubita. Poczęstował nas również piwem.

Ku naszemu zdziwieniu, na wprost na zobaczyliśmy przed namiotem znajomą włoską parę. Okazało się, że poprzedniego dnia, w Saint Malo, również spali na tym samym polu co my (ale ponieważ tamto pole było naprawdę duże, więc się nie spotkaliśmy).

Po rozbiciu namiotu, wrzuciliśmy do niego wszystkie graty, zjedliśmy kolację i poszliśmy na obchód miasta i poszukiwanie dworca kolejowego. Bez rowerów, bo kemping jest tuż obok murów miejskich.

Miasteczko jest naprawdę ładne, ma klimat i zadbaną średniowieczną architekturę. O 21h15 dworzec już był zamknięty, a nikt nie pomyślał o tym, żeby rozkład pociągów wisiał również na zewnątrz. Mimo sokole wzroku, nie byłem w stanie w półmroku poczekalni i z oddali nic odczytać (w końcu mam sokoli, a nie sowi wzrok).
Wróciliśmy do namiotu i poszliśmy spać.

Przybliżony przebieg trasy (przejechaliśmy 55,712 km)

Agrandir le plan

wtorek, 14 lipca 2009

Tour de Bretagne (2)

Wczoraj Orange wyzerowało mi kredyt na karcie, bo zapomniałem doładować. No trochę kasy poszło się... Trudno. Muszę doładować, bo jestem zupełnie offline teraz.
Z Pontaubault wyjechaliśmy niezbyt wcześnie. W planach jest Mont Saint Michel i Dol de Bretagne. Po dwóch godzinach od wyruszenia z pola namiotowego dojechaliśmy do opactwa położonego na wyspie. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się jak będziemy zwiedzali, a dokładniej co zrobić z sakwami na czas zwiedzania. Ponieważ nie mieliśmy w sumie żadnego wyjścia, zostawiliśmy sakwy na rowerach na grobli łączącej wyspę z lądem i poszliśmy zwiedzać.
Mont Saint Michel robi wielkie wrażenie, zwłaszcza z daleka, zwłaszcza z daleka i w nocy, kiedy jest podświetlony. Z bliska nadal urzeka, ale samo opactwo trochę rozczarowuje. Właściwie do zwiedzania nie jest wiele udostępnione, a to co jest, to w większości nagie mury. Trochę widok z góry wynagradza trudy wspinaczki (wspinanie jak wspinanie, ale ci turyści...).
Od Tour de Bretagne 2009

Na górze spędziliśmy jakieś półtorej godziny. Cały czas myśleliśmy o rowerach i sakwach. Kiedy zeszliśmy na dół, okazało się, że wszystko jest w porządku. Uff.
Ze trzy kilometry za Mt. St. Michel spotkaliśmy parę młodych Włochów (a dokładniej Włoszkę i Włocha) na kolarzówkach. Próbowali nas się dopytać o drogę do opactwa. Dziwne, bo właściwie to opactwa widać z całej okolicy. Ja średnio po włosku mówię, po angielsku trochę, ale ona (bo dziewczyna pytała) chyba jeszcze słabiej ode mnie (a przynajmniej nie mogliśmy się dogadać). Oni po francusku natomiast wcale. Kilka minut później dopadł nas deszcz na drodze wśród pól. Nawet nie zdążyliśmy się ubrać w kurtki. Pobiegliśmy w pobliskie krzaki, żeby się schować. Przesiedzieliśmy tam ze dwadzieścia minut i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż zgłodnieliśmy. W Saint Broladre wstąpiłem do pierwszego baru zapytać o coś do jedzenia. W barze było sporo osób miejscowych, a zgodnie z radami wielu podróżników, w takich barach powinno być niedrogo i smacznie. Niestety, serwis już był skończony. Pojechaliśmy dalej przez miasteczko, aż natrafiliśmy na następny bar, w którym siedzieli przy jednym stole tylko dwaj faceci - młodszy i starszy. Starszy tylko siedział, a młodszy był z obsługi. Zapytałem młodszego czy mają coś ciepłego do jedzenia, powiedział, że zobaczy. Mieli tylko eskalopki i fasolkę. Zamówiłem więc przystawkę (ser, pomidory i chleb) i te eskalopki. Okazało się, że w cenę jest również wliczona litrowa butelka cydru. Obiad był całkiem smaczny, najedliśmy się (zwłaszcza chlebem, który był również do eskalopek i fasolki), a i cydr smakował nie najgorzej. I znów trzeba było wsiąść na rowery.
Zanim na dobre się rozpędziliśmy za miasteczkiem, zauważyliśmy drogowskaz do site megalithique - oczywiście odbiliśmy z trasy. Zobaczyliśmy site, a właściwie to, co z niego zostało, bo w latach siedemdziesiątych pracownicy pobliskiego kamieniołomu się do niego dobrali. To co dzisiaj zostało, jest zrekonstruowane z odnalezionych kamieni i przesunięte kilkaset metrów od oryginalnego miejsca.
Od Tour de Bretagne 2009

Potem trochę błądziliśmy po bardzo nieuczęszczanych drogach. W końcu (kocham mój zmysł orientacji!) trafiliśmy na właściwą drogę i dotarliśmy do Champ Dolent, w którym znajduje się największy (lub jeden z największych menhirów w Bretanii. Faktycznie spory kamyk.
Od Tour de Bretagne 2009

Z Champ Dolent już tylko żabi skok do Dol de Bretagne, gdzie planowałem nocleg. Pole kempingowe okazało się jednak dość drogie, a było jeszcze w miarę wcześnie (między 18 a 19h), żeby pedałować. Chcieliśmy też wstąpić na pizzę, ale gość nie miał sera, a poza tym musielibyśmy czekać na nagrzanie pieca (do 19h). Wstąpiłem odwiedzeniu miejscowej informacji turystycznej, skąd wziąłem adresy kempingów. Zobaczyliśmy jeszcze gotycką katedrę z pierwszym renesansowym nagrobkiem w Bretanii i opuściliśmy miasto.
Dosłownie trzy kilometry za miastem (w kierunku Vivier sur Mer) zauważyliśmy tabliczkę, która wskazywała drogę do kempingu w Mont Dol. To był bardzo fajny kemping, w spokojnym miejscu, położony u stóp wzgórza, za pastuchem elektrycznym były konie (na tym samym polu nocował konny obóz wędrowny).
Dzień wcześniej żałowałem, że nie wziąłem adresu z poprzedniego kempingu. Teraz postanowiłem nie popełnić więcej tego błędu. (Później okazało się, że mam adres kempingu w Pontaubault na paragonie).

Przybliżona trasa drugiego dnia (przebyty dystans 63,5 km)

Agrandir le plan

poniedziałek, 29 czerwca 2009

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Dwa wydarzenia

1) Piotrek wyjechał do Polandii. Godnie go pożegnaliśmy, przesiedzieliśmy u niego całą noc - ale przynajmniej dzięki temu się nie spóźnił na samolot ;) Nawet go na stację odprowadziliśmy.
Smutno jakoś tak. Znów się coś kończy, znów coś zaczyna.2) Wybory do Parlamentu Europejskiego. Bardzo niska frekwencja w Polandii. Wstyd, dla tych którzy nie poszli zagłosować. Mój kandydat nie zostanie europosłem. Trochę szkoda, ale najważniejsze, że PO zdystansowała PiS. Niestety, dwie największe porażki polandzkiej polityki pojadą do Strasbourga - Richard Czarnecki (po raz drugi tam się znajdzie) i Zbigniew Ziobro. Wstyd dla Krakowa!
EDIT, wiadomość z ostatniej chwili.
Mój kandydat nie tylko zostanie europosłem, ale kilkanaście minut po zamknięciu lokali wyborczych został ojcem. Podwójne gratulacje!

wtorek, 2 czerwca 2009

Żyć nie umierać

Czy ktoś ma lepiej ode mnie? Gdybym jeszcze nie musiał spędzać najpiękniejszych czerwcowych nocy nad raportem, projektem rocznym i prezentacją na obronę :/

niedziela, 17 maja 2009

Pompidou i spółka

Właściwie to umówiłem się przed Petit Palais. Ale kiedy już tam byłem, to Edyta zadzwoniła, że może jednak zmiana planów i pójdziemy do centrum Pompidou. OK, nie ma sprawy.
20 minut później już stałem przed centrum Pompidou z Edytą, Lilą i Szymon. Poszliśmy na wystawę prac Kandinsky'ego. Prawdę mówiąc, to ze wszystkich obrazów podobała mi się seria sześciu obrazów z daczą, cerkwią i pejzażem nad jeziorem. Niestety, nie wolno było robić zdjęć, a w internecie nie mogę ich znaleźć. Wklejam obrazki w podobnym stylu.Mieliśmy iść potem jeszcze na wystawę prac Caldera, ale okazało się, że musielibyśmy jeszcze raz stać w kolejce (a kolejki w weekend są dłuuugie), a w dodatku na dole czekał już na nas Dawid, więc zrezygnowaliśmy. Może innym razem (chociaż trochę szkoda kasy).
Potem poszliśmy na kawę i lody. Ja wolałem coś konkretniejszego, więc nie skorzystałem, tylko czekałem cierpliwie, aż pójdziemy dalej (na piwo i coś konkretnego;)).
Kilka zdjęć z niezbyt ładnej niedzieli.
W oczekiwaniu na Edytę.
"Jestem Stanisław Gołąb!"
Fragment najładniejszego (podobno) mostu w Paryżu - mostu Aleksandra III
Pochmurne paryskie niebo i widok na MontmartreWieczór zakończony w jakimś tanim barze przy ul. Mouffetard

wtorek, 12 maja 2009

BCN

Kiedy byłem w Barcelonie to miałem prawie natłok wrażeń i nie wiedziałem co zapamiętać, żeby móc się podzielić. Może zacznę opisywać po kolei, a ulotne wrażenia odnajdą się gdzieś w mojej pamięci.

Do Barcelony jechałem dość smutny. Dosłownie w dzień wyjazdu dowiedziałem się, że nie jedzie nikt z polskiej ekipy (Aga, Bo i Piotrek). W autobusie siedziałem z jakimś obcym gościem, a ponieważ jestem z natury nieśmiały, to nie zamieniłem z nikim słowa przez całą drogę. Z Paryża wyjechaliśmy o 21.30 w środę, a do celu dotarliśmy o 11.00 następnego dnia. Z placu, na którym nas wysadzono poszliśmy całą grupą do hostelu. Tutaj zaczęły się małe problemy z przydziałem pomieszczeń. Subha wprawdzie zrobił to już wcześniej, ale conasse na miejscu zaczęła się rządzić i zrobił się bałagan. Subha wziął pokój sześcioosobowy dla siebie i takich jak ja - którzy przyjechali bez znajomych. Zatem było nas pięciu: Subha (Hindus, a dokładniej Bengal), Fabricio (Rwandyjczyk), Anderson (lub Andersen?) i Norberto (dwaj Brazylijczycy) oraz ja.

Pierwszego dnia, czyli w czwartek, należało jeszcze wypocząć po podróży. W tym celu, wyszliśmy z hostelu i rozpoczęliśmy poszukiwania mercat, czyli marketu. Kiedy znaleźliśmy, to kupiliśmy niezbędną rzecz - piwo i skierowaliśmy się w stronę plaży. Piwo się po drodze skończyło i dokupiliśmy jeszcze. Na szczęście Hiszpanie nie są tak pazerni i mają piwo w lodówkach (we Francji nie zawsze tak jest), więc nadaje się bezpośrednio do spożycia. Na plaży przysiedliśmy się do Rosjanek (w końcu ktoś musi pilnować maneli) i się wykąpaliśmy (raz, drugi, trzeci...). Dla mnie morze było superprzyjemne, ale dla pozostałych, raczej zimne, a wręcz lodowate :) Próbowaliśmy także namówić (potem nawet wciągnąć) dziewczyny do wody, ale się nie udało. W drodze powrotnej robiliśmy sporo głupot (jak fotografowanie się ze starszymi Niemkami :]). Wróciliśmy do schroniska przed wieczornym wyjściem. Potem szukaliśmy jakiejś boîte, ale nasze poszukiwania spełzły na niczym i na dobre wróciliśmy około północy (chyba bez Fabricio, który się gdzieś wkręcił). Kiedy położyłem się, to czułem, że piwo wypite w ciągu dnia jeszcze mi nieźle kręci w głowie.

Drugiego dnia, w piątek, wstaliśmy z planem w miarę konkretnym. Miałem plan miasta, więc zostałem przewodnikiem. Najpierw poszliśmy w stronę portu, gdzie wzięliśmy teleferic na Montjuïc. Jako miłośnik (no może to za duże słowo) fortyfikacji, koniecznie chciałem zobaczyć fortecę na tym wzgórzu, z której jest świetne pole ostrzału na port. Ale tą chęcią nie dzieliłem się z nikim. Na szczęście w miarę bez szemrania wszyscy szli za mną (a na początku było nas w sumie dziesięć osób). Dziewczyny jednak nie chciały się wspinać na górę, więc zostawiły na przystanku autobusowym (i tak potem wzięły inną teleferic), a my (Subha, Brazylijczycy i ja) ruszyliśmy na szczyt. Aha, Fabricio spał jak zabity, bo wrócił nad ranem. Fort jak fort - dobrze zachowany, ale nie znam się tak dobrze, żeby powiedzieć czy git, czy niegit. Warto było jednak wejść, bo świetny widok był stamtą. Zarówno na miasto, port, a nawet na oddalone lotnisko. Potem zeszliśmy w stronę stadionu olimpijskiego, tam też widzieliśmy wieżę [edytuj]. Potem skierowaliśmy się w dół, w stronę miasta. Przeszliśmy koło Palau Nacional, w którym mieści się Muzeum Sztuki Katalońskiej. Niestety, fontann nie mogliśmy zobaczyć, bo wszystko było ogrodzone - na terenie targów był salon samochodowy. Zeszliśmy jeszcze niżej. Zjedliśmy coś i tu znów gromadka się zmniejszyła (aha, dwie dziewczyny już wcześniej wróciły teleferykiem), znów dwie dziewczyny pojechały gdzieś, a my, już tylko w sześcioro, wzięliśmy metro i pojechaliśmy zobaczyć bazylikę Sagrada Familia. Nooo, powiem, że specjalnie mnie nie urzekła urodą. Wieże są świetne, ale reszta... Zbyt eklektyczna, zbyt monumentalna, zbyt ni przypiął, ni przyłatał. Sorry Gaudi. Stamtąd wróciliśmy (panowie pieszo, panie metrem - a i tak byliśmy szybciej - dziewczyny musiały shopping zrobić - robiły chyba zresztą co dnia) do schroniska. Wzięliśmy prysznic i poszliśmy do restauracji w porcie na kolację. I tu już powoli docieramy do mojego nieszczęścia :/ Już wcześniej mnie bolało, ale dopiero w resto zauważyłem jak bardzo mi spuchła lewa kostka i że cholernie mnie to boli. Ledwo wróciłem do schroniska. Dodatkowo, ponieważ przez cały dzień byłem na słońcu (oczywiście bez żadnej ochrony przeciwsłonecznej oprócz okularów), to byłem megaczerwony, było mi w pokoju zimno i miałem dreszcze. Chłopacy wrócili w dwóch partiach i to ja zawsze wstawałem i im otwierałem, a nie byłem w najlepszej formie.

W sobotę pojechaliśmy tylko do Parku Guell, który zaprojektował Gaudi. Park jak park - ok, zapewne ma urok, ale musi być w nim mniej turystów. Niestety, długi majowy weekend, to nie jest najlepszy moment na wycieczkę do Barcelony (do Paryża zresztą też nie). Nawiasem pisząc, bardzo dużo było w mieście Francuzów. Potem wróciliśmy do hostelu. Ja musiałem odpocząć, więc zostałem, a Subha, Norberto i Anders(s)on gdzieś wybyli. Potem się trochę zmobilizowałem, wstałem i poszedłem zrobić parę zdjęć w okolicy. Towarzysze podróży znów wracali w nocy, znów partiami, ostatnia partia chyba ok. 6.30.

W niedzielę czekałem już tylko na autobus. Jeszcze powłóczyłem się trochę z Norberto po Dzielnicy Gotyckiej, ale to już było takie włóczenie dla włóczenia (on szukał jakiś suwenirów). O 15.30 wyruszyliśmy w drogę powrotną, którą - z powodu mojej spuchniętej stopy - bardzo źle przeżyłem i wspominam. Prawie nie spałem.

Do Paryża dotarliśmy o 6.10. Trochę się przespałem, potem wstałem, chciałem iść pod prysznic, ale najpierw Marta B. dzwoniła, potem Marka K. dzwoniła i za każdym razem ktoś już mnie zdążył ubiec i zająć miejsce. Do pracy dotarłem niewiele przed południem. W jednym adidasie i jednym laczku. Potem był obiad (w drodze powrotnej nic nie jadłem, a na śniadanie dwa wafle ryżowe z dżemem), pogoda brzydka - zimno, pochmurno i deszczowo. Zero motywacji, najchętniej wróciłbym i położył się spać. Chciałem (jako że jestem teraz na pół etatu) wrócić o 17.00, ale oczywiście ciągle coś wyskakiwało i ostatecznie biuro opuściłem o 17.47.

Inne wspomnienia z podróży.
Barcelona - duże miasto i zabytki nie są tak skoncentrowane jak w Paryżu, więc się trudniej zwiedza.
Barcelona - wcale (wbrew temu co mi mówiono) nie jest tańsza od Paryża (może nie tam jadłem, gdzie powinienem?)
Na najbardziej znanej alei miasta - Las Ramblas wieczorem jesteś (przynajmniej ja byłem) zaczepiany przez prostytutki (same Murzynki), a porcie przez dilerów narkotyków. Dziewczyny powiedziały mi, że pewnie dlatego, że wyglądam na Brytola, którzy znani są z ekscesów (zresztą nie tylko tutaj pewnie).
Barcelona - miast kieszonkowców i innych złodziei. Mnie na szczęście nic przykrego nie spotkało, ale kiedy robiliśmy sobie zdjęcia, koleś próbował podebrać Subhie portfel (z torebki przewieszonej przez ramie), a jedna z Rosjanek została okradziona à l'arrache, czyli kiedy stała przy przejściu, jezdni (?) przejeżdżający na skuterze koleś zerwał jej z ramienia torebkę i tyle go widziała.

Coś mi się zapewne jeszcze przypomni, ale pewnie już nie będzie mi się chciało dopisywać. Zdjęcia tymczasowo są tutaj, ale potem wybiorę, poprawię i wrzucę jeszcze raz.

sobota, 25 kwietnia 2009

Le Havre

Nie rozumiem, dlaczego to miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO.
Od Le Havre


Więcej zdjęć

wtorek, 21 kwietnia 2009

Poszedłem na POM-y

Katedra Notre-Dame
Od Paryż

Plac Saint Michel
Od Paryż

Sekwana i Pont Neuf
Od Paryż

Pont Neuf i Sekwana
Od Paryż

Nabrzeże Sekwany. (Loureed, powinniśmy tu siedzieć i browary dziabać.)
Od Paryż

Pont des Arts i Louvre
Od Paryż

Académie Française
Od Paryż

Sklepik typu "u Araba". Jakieś 100-500% drożej niż markecie (np. Heineke 0,65l w Carrefour kosztuje 1,09e, a w takim sklepiku 4,99e), ale jak Ci się alkohol kończy, to i tak pójdziesz tutaj.
Od Paryż

Koło Ogrodów Luksemburskich
Od Paryż

niedziela, 12 kwietnia 2009

Orlean

Kilka zdjec z wycieczki do Orleanu.
Orlean

niedziela, 22 marca 2009

Powitanie wiosny

Nadal akumulatorki nie doszły, więc nie mogłem robić zdjęć. Wkurza już mnie ta sytuacja :/
W ten weekend byłem sprytniejszy. Wiedziałem, że w sobotę ma być jeszcze ładnie, a w niedzielę już nie, więc odpuściłem sobie sobotnie zakupy, wstałem o 7h00, zaplanowałem trasę i o 9h30 byłem już z rowerem na stacji RER-a B w kierunku St Remy Les Chevreuse. Stamtąd udałem się tak jak pokazuje mapa.

Dojechałem do Rambouillet - miasta, w którym mieszka Thierry, z którym pracuję w Nathanie. Kiedy dojechałem do tej miejscowości, rozglądałem się po ulicach (raczej nie wierząc, że mogę go spotkać). W sobotę rano był targ i na ulicach było dużo ludzi. Pojechałem do parku pałacowego, poleżałem na ławce, zjadłem czekolady kawałek, a potem ruszyłem dalej. Jadę i jadę i nagle widzę po lewej stronie, w odległości mniej więcej 200 metrów białowłosego pana i panią uprawiających jogging. Skręciłem za nimi, podjeżdżam na odległość 30 metrów i kogo widzę? Thierry we własnej osobie z własną żoną. No naprawdę, świat jest mały. Ale takie zbiegi okoliczności też są niesamowite. Gdybym nie jadł na ławce czekolady, albo gdybym dłużej leżał na ławce, to bym ich nie spotkał.

Z Rambouillet do Paryża wróciłem pociągiem. Rowerowanie zakończyłem z wynikiem 45 km na liczniku. W sumie, w 2009 roku przejechałem 430 km.

A w akademiku szybka ustawka na piknik w parku Montsouris. O 17h00 byliśmy (tzn. Aga, Bo' i ja) gotowi. Rozłożyliśmy się na karimatach i kocu w parku.Potem jeszcze ściągnęliśmy do nas Śledzia. (- Dziabnąć Śledzia widelcem czy nie?)Ale o 19h00 park zamykają i wygonili nas.Postanowiliśmy kontynuować dobrze rozpoczęty wieczór. O 20h00 u mnie na wieczorze filmowym. Po filmie dobili do nas jeszcze Aga i Sebastian.I tak się zasiedzieliśmy do 3h00 :D

sobota, 28 lutego 2009

Rex czy Queen?

Ten piątek się nie zapowiadał specjalnie. Z pracy wyszedłem od 20h10. Zmęczony, nie miałem specjalnie ochoty jeszcze wychodzić wieczorem. Zwłaszcza, że wiedziałem, że sobota ma być bardzo ciepła i słoneczna, więc mógłbym był się gdzieś wybrać rowerem.

Ale jednak. "Piątek, tygodnia koniec i początek" zacząłem (a właściwie piątkowy wieczór) w pubie Polyglot, którego nie polecam, bo serwuje ciepłe piwo i jeszcze barman wmawia, że to dlatego, że beczkę właśnie zmienił - bullshit! Ciepłe było dlatego, że z oszczędności dolewają piwa, które ustało się z piany, którą zgarniają z serwowanych piw. Ale nic, jakoś to przeżyłem.

Prawdopodobnie byłem tego wieczoru wpisany na listę gości do Rex Clubu (ja + 3 osoby), ale potwierdzenia nie dostałem, a zebrała się w sumie większa ekipa, więc Rex odpadł. Ale poszliśmy do jeszcze BCBG lokalu - do klubu Queen na Champs Elysees. A to wszystko na krzywy ryj ;) Nie zapłaciłem nic za wjazd. Długo też tam jakoś nie zabawiliśmy, jakieś 2h. O 3h30 byłem już w domu.
Zdjęć brak (tzn. ktoś robił, ale nie wiem kto, więc pewnie do mnie nie dotrą).

poniedziałek, 23 lutego 2009

Wenecja

W końcu nadszedł czas na wycieczkę z Fundacji do Wenecji. Niestety Bo i Agnieszki nie pojechały. Szkoda. Powinny żałować.

Wenecja - nie jest przereklamowana. Jedyne w swoim rodzaju miejsce. Ale przyznać trzeba, że sypie się. I to dosłownie. Bardzo dużo domów wymaga gruntownego remontu. A na ścianach widać, że wilgoć dochodzi do drugiego piętra.
Na weekendowy wypad jak najbardziej polecam, ale na stałe nie chciałbym tam mieszkać. Jedyne możliwe środki transportu to własne nogi albo łódka. Rower odpada (chyba że wodny).
A tu kilka zdjęć

Wenecja

Piosenka z Youtube'a, bo Deezer już nie umożliwia wstawiania playera w kodzie. Kiedy byliśmy w Wenecji, to cały czas mi po głowie chodziła, chociaż najważniejszym słowem, jakiego się tam nauczyłem wcale nie była signorina, ale supermercato. ;)

poniedziałek, 16 lutego 2009

Sekwoje i inne

[EDIT] 1 marca 2009
W piątek były urodziny Agi (w Cergy jak zwykle). Impreza świetna. Tak świetna, że nawet policja na koniec chciała się załapać;)
A ja wyglądałem na niej mniej więcej tak
Sobotę poświęciłem z Loureedem na poszukiwanie zewnętrznego dysku twardego. Jakiś kupiliśmy. Niech długo służy. A wieczorem filmowo u mnie. Oprócz Loureeda była też Justyna. A zupełnym wieczorem przyszła Bo' z Limerykiem. No i tak posiedzieliśmy do 3h00 :]

Ale w niedzielę się zmobilizowałem, wstałem, spakowałem się, wsiadłem na rower i pojechałem pojeździć po okolicach Torcy. W sumie tego dnia przejechałem rowerem 58 kilometrów. Już dawno takiej trasy nie pokonałem.
Tak wyglądają francuskie sekwoje
A takie perełki architektury wiejskiej można jeszcze czasem spotkać. Francuska wieś ma swój urok.Przybliżona trasa (ostatnich kilometrów nie potrafię wyznaczyć)