Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wideo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wideo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2010

Muzyka łączy pokolenia


REPUBLIKA - Nie pytaj o Polskę
ELDO - Nie pytaj o nią

Cieszą dobre kontynuacje i nawiązania.

poniedziałek, 1 lutego 2010

niedziela, 17 stycznia 2010

Jest dobrze



czwartek, 14 stycznia 2010

W Polskę idziemy

Jakiś czas już ten blog prowadzę, więc nie pamiętam - być może ten utwór już się tutaj pojawił. Przezabawna piosenka, genialne wykonanie.

Chociaż ostatnio (tzn. kilka lat temu) Kazik też nieźle to zaśpiewał.

sobota, 9 stycznia 2010

czwartek, 31 grudnia 2009

Ostatnio...

bardzo chodzi mi to w głowie, a ponieważ nie mogę zapamiętać nazwy, więc wrzucę tutaj.

sobota, 12 grudnia 2009

Studia w Łodzi

Zacznę od Łodzi.
Pierwszy raz od czasów liceum (kiedy pojechaliśmy całą klasą z wychowawcą na wystawę zdjęć National Geographic) odwiedziłem to miasto. Wjechałem od strony Zgierza. Nie wiem, może źle trafiłem, bo miasto absolutnie mnie nie zachwyciło. Prawda, Manufaktura robi dobre wrażenie, ale jest ono zupełnie zniszczone przez stan dróg w mieście - porażka! No i do tego dochodzą zaniedbane kamienice i syfiaste podwórka.

Studia podyplomowe.
Euh, to chyba nie jest rzecz, która mnie bardzo pasjonuje. Spodziewałem się czegoś innego. Ale jak się postaram, to dam radę i będę adminem Linuksa.

Komentarz wideło

niedziela, 8 listopada 2009

Kult w Arenie

W ramach cyklicznej trasy koncertowej (tzw. Pomarańczowej trasy) Kult zawitał do Poznania. Koncert miał miejsce w Arenie (chyba największej hali widowiskowo-sportowej w grodzie Przemysła).

Koncert był rewelacyjny, zespół i Kazik w dobrej formie (a trochę obawiałem się czytając komentarze na GoldenLine.pl, że jakoby Kazik czasem się podchmielony pokazywał).
Bardzo podobała mi się całkiem długa solówka perkusisty.

Jedynie dwa zdarzenia zakłóciły koncert:
1) w trakcie czwartego utworu Kazik przerwał koncert, ponieważ barierki odgradzające publiczność od sceny się przesuwały i trzeba je było poprawić;
2) chyba pod koniec koncertu wysiadło nagłośnienie, ale dość szybko się z tym uporano.

Piosenka, bez której nie może się odbyć chyba żaden ich koncert, czyli Mieszkam w Polsce, została zagrana dopiero w bisach (tak samo jak dwa lata temu), ale wykonywał ją chyba jakiś facet z obsługi technicznej :) Kazik w tym czasie skakał po scenie, ale potem też dołączył.

Niestety, mój aparat ma już swoje lata, nie jest stworzony do kręcenia filmów, a i zbyt duże nagłośnienie wpłynęło na jakość dźwięku. Ale jeden kawałek wrzucam.

wtorek, 29 września 2009

bez tytułu

Pracy w agencji nie dostałem. Szkoda.
W Powiatowym Urzędzie Pracy mnie zbyli, bo dyplom nie był przetłumaczony i nie przyniosłem zaświadczeń, że w 2004 roku pracowałem na umowę zlecenie (po co ja głupi się przyznawałem?).

Ogólnie zimno się zrobiło i jak wracałem z PUP-u to zmokłem (rowerem pojechałem, bo go dzisiaj złożyłem). Namawiam brata, żeby w weekend na kajaki skoczyć, a jak się nie zdecyduje, to chociaż na grzyby pojadę.

EDIT:
A, i na deezer.com coraz więcej piosenek jest niedostępnych, prawie wszystkie moje playlisty są nieaktywne :/

Na pocieszenie wrzucam coś, co powinno być umieszczone w cyklu SDF (Stare Dobre Francuskie), ale jakoś nic się nie rzuciło na uszy ;)

sobota, 19 września 2009

Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu

Pojawili się znani sportowcy...... oraz ci mniej znani.Były łzy, wzruszenia i oklaski dla zwycięzców ;)Doliczono się 680 rowerzystów, którzy przyjechali na Plac Wolności, aby pokazać, że w Poznaniu też się jeździ rowerami i że potrzebujemy nowych ścieżek rowerowych.

niedziela, 6 września 2009

QT - Inglorious basterds


W końcu! W końcu poszedłem na nowy film Quantina Tarantino (w PL jeszcze nie było premiery ;P). Spodziewałem się czegoś megakrwistego (przynajmniej tak wynika ze zwiastunów). W rzeczywistości ekran nie ociekał tak krwią, a styl QT trochę się rozmył. Można równie dobrze pomyśleć, że to jakiś inny, mniej rozpoznawalny/oryginalny/pojechany reżyser zrealizował to dzieło.
Film jednakże bardzo dobrze się ogląda. Brad Pitt daje radę, choć wbrew wnioskom wyciągniętym ze zwiastunów nie jest głównym bohaterem (o ile w ogóle możemy mówić o głównym bohaterze w tym filmie).
Całość opowieści spina postać Niemca - Hansa Landy, który pojawia się w pierwszej scenie i ostatniej filmu (gra go Christoph Waltz - aktor mi dotąd zupełnie nieznany).

wtorek, 25 sierpnia 2009

Dżizas




I jeszcze komentarz O.S.T.R.
O.S.T.R - Sam to nazwij - 14

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Wyszukiwarka Bing

BING wie, gdzie znajduje się siedziba szatana!

wtorek, 11 sierpnia 2009

Atrakcje parku Montsouris

Gdzie najlepiej uprawiać sport? - Na świeżym powietrzu.
Jak najlepiej uprawiać sport? - W towarzystwie.
W parku Montsouris mamy wszystko. Na dodatek animatorka i muzyka.

środa, 1 lipca 2009

Mała pętla

W weekendy nie udaje mi się jeździć, rano nie potrafię się zmotywować, więc dzisiaj jeździłem wieczorem (między 22 a północą).
Przejechałem 24 km, ze średnią prędkością 15,9 km/h.
Oto trasa

Chwila na fotę z Żelazną Damą
Fly-boat ;)Pont des Arts i LouvrePrzed katedrą
Tańce, hulanki, swawole nad brzegami Sekwany

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Fête de la Musique

Emodzieci...
...pod emobarem.Widok z Pont de Sully w kierunku zachodnim. (Zdjęcie zero podkręcania).
"Muzyka łagodzi mury."W drodze na Place Denfert Rochereau.
Aga, ja i Magda.
Scena Ricard Live Music. Właśnie obchodziła swoje dwudziestolecie. Szkoda, że dotarliśmy późno, byliśmy krótko i w ogóle nie wiem, kto jest na zdjęciu :|Powrót z Pl. Denfert Rochereau. Młodzieniec, którego widać, to Staś - właśnie bajeruje Szwedki ;)

środa, 27 maja 2009

Co Europa zrobiła dla nas?

Jeszcze takie małe przypomnienie o tym, co zawdzięczamy wspólnej Europie.

wtorek, 26 maja 2009

Wiosenna burza



PS Czasem warto pochwalić się zdjęciami szerszej publiczności, a nie tylko znajomym, z których obiektywnością może być różnie ;) Wrzuciłem zdjęcie (które znajduje się w poście poniżej) na GoldenLine.pl (portalu zwanym również pieszczotliwie GLutem). Oto komentarze:

niedziela, 24 maja 2009

Pamiętajmy

Nie zapomnijmy o przeszłości, ale patrzmy w przyszłość. Przepraszam za taki banał, ale są politycy w Polsce, którzy by nadal najchętniej rozliczali przeszłość lub reprezentują postawę roszczeniową: "Od Europy należy nam się rekompensata, bo nas zdradzono - bo była Jałta" lub mówią "Historia nas skrzywdziła. Należy się nam więcej" - nie trawię takie pieprzenia. Trzeba szukać dróg rozwoju dla Polski, a nie rozpamiętywać krzywdy, porażki i przeszłość.

Tutaj określę jasno swoje stanowisko - tak, jestem euroentuzjastą. Uwielbiam brak granic, lubię wspólną walutę. Nie wymagam od UE (ani Europy w ogóle) żadnych rekompensat. Nie wyobrażam sobie powrotu do sytuacji przede 1989 rokiem, kiedy nie można było od tak dostać paszportu. Potem było trochę lepiej, ale dopiero 2004 rok i wstąpienie do strefy Schengen pozwoliło nam w pełni korzystać z Europy bez granic.
Wiem, że między europejskimi krajami nie zawsze było różowo, ale o ile się nie mylę, spokojniejszych czasów nigdy nie było w historii Europy (no chyba, że dawno temu, kiedy jeszcze ludzie się tutaj nie pojawili).

Teraz mała agitacja - jeśli nie jest Tobie obojętny kształt Unii Europejskiej lub przynajmniej nie chcesz się wstydzić kto nas reprezentuje w Parlamencie Europejskim - idź 7 czerwca na wybory.

I jeszcze jeden filmik

wtorek, 12 maja 2009

BCN

Kiedy byłem w Barcelonie to miałem prawie natłok wrażeń i nie wiedziałem co zapamiętać, żeby móc się podzielić. Może zacznę opisywać po kolei, a ulotne wrażenia odnajdą się gdzieś w mojej pamięci.

Do Barcelony jechałem dość smutny. Dosłownie w dzień wyjazdu dowiedziałem się, że nie jedzie nikt z polskiej ekipy (Aga, Bo i Piotrek). W autobusie siedziałem z jakimś obcym gościem, a ponieważ jestem z natury nieśmiały, to nie zamieniłem z nikim słowa przez całą drogę. Z Paryża wyjechaliśmy o 21.30 w środę, a do celu dotarliśmy o 11.00 następnego dnia. Z placu, na którym nas wysadzono poszliśmy całą grupą do hostelu. Tutaj zaczęły się małe problemy z przydziałem pomieszczeń. Subha wprawdzie zrobił to już wcześniej, ale conasse na miejscu zaczęła się rządzić i zrobił się bałagan. Subha wziął pokój sześcioosobowy dla siebie i takich jak ja - którzy przyjechali bez znajomych. Zatem było nas pięciu: Subha (Hindus, a dokładniej Bengal), Fabricio (Rwandyjczyk), Anderson (lub Andersen?) i Norberto (dwaj Brazylijczycy) oraz ja.

Pierwszego dnia, czyli w czwartek, należało jeszcze wypocząć po podróży. W tym celu, wyszliśmy z hostelu i rozpoczęliśmy poszukiwania mercat, czyli marketu. Kiedy znaleźliśmy, to kupiliśmy niezbędną rzecz - piwo i skierowaliśmy się w stronę plaży. Piwo się po drodze skończyło i dokupiliśmy jeszcze. Na szczęście Hiszpanie nie są tak pazerni i mają piwo w lodówkach (we Francji nie zawsze tak jest), więc nadaje się bezpośrednio do spożycia. Na plaży przysiedliśmy się do Rosjanek (w końcu ktoś musi pilnować maneli) i się wykąpaliśmy (raz, drugi, trzeci...). Dla mnie morze było superprzyjemne, ale dla pozostałych, raczej zimne, a wręcz lodowate :) Próbowaliśmy także namówić (potem nawet wciągnąć) dziewczyny do wody, ale się nie udało. W drodze powrotnej robiliśmy sporo głupot (jak fotografowanie się ze starszymi Niemkami :]). Wróciliśmy do schroniska przed wieczornym wyjściem. Potem szukaliśmy jakiejś boîte, ale nasze poszukiwania spełzły na niczym i na dobre wróciliśmy około północy (chyba bez Fabricio, który się gdzieś wkręcił). Kiedy położyłem się, to czułem, że piwo wypite w ciągu dnia jeszcze mi nieźle kręci w głowie.

Drugiego dnia, w piątek, wstaliśmy z planem w miarę konkretnym. Miałem plan miasta, więc zostałem przewodnikiem. Najpierw poszliśmy w stronę portu, gdzie wzięliśmy teleferic na Montjuïc. Jako miłośnik (no może to za duże słowo) fortyfikacji, koniecznie chciałem zobaczyć fortecę na tym wzgórzu, z której jest świetne pole ostrzału na port. Ale tą chęcią nie dzieliłem się z nikim. Na szczęście w miarę bez szemrania wszyscy szli za mną (a na początku było nas w sumie dziesięć osób). Dziewczyny jednak nie chciały się wspinać na górę, więc zostawiły na przystanku autobusowym (i tak potem wzięły inną teleferic), a my (Subha, Brazylijczycy i ja) ruszyliśmy na szczyt. Aha, Fabricio spał jak zabity, bo wrócił nad ranem. Fort jak fort - dobrze zachowany, ale nie znam się tak dobrze, żeby powiedzieć czy git, czy niegit. Warto było jednak wejść, bo świetny widok był stamtą. Zarówno na miasto, port, a nawet na oddalone lotnisko. Potem zeszliśmy w stronę stadionu olimpijskiego, tam też widzieliśmy wieżę [edytuj]. Potem skierowaliśmy się w dół, w stronę miasta. Przeszliśmy koło Palau Nacional, w którym mieści się Muzeum Sztuki Katalońskiej. Niestety, fontann nie mogliśmy zobaczyć, bo wszystko było ogrodzone - na terenie targów był salon samochodowy. Zeszliśmy jeszcze niżej. Zjedliśmy coś i tu znów gromadka się zmniejszyła (aha, dwie dziewczyny już wcześniej wróciły teleferykiem), znów dwie dziewczyny pojechały gdzieś, a my, już tylko w sześcioro, wzięliśmy metro i pojechaliśmy zobaczyć bazylikę Sagrada Familia. Nooo, powiem, że specjalnie mnie nie urzekła urodą. Wieże są świetne, ale reszta... Zbyt eklektyczna, zbyt monumentalna, zbyt ni przypiął, ni przyłatał. Sorry Gaudi. Stamtąd wróciliśmy (panowie pieszo, panie metrem - a i tak byliśmy szybciej - dziewczyny musiały shopping zrobić - robiły chyba zresztą co dnia) do schroniska. Wzięliśmy prysznic i poszliśmy do restauracji w porcie na kolację. I tu już powoli docieramy do mojego nieszczęścia :/ Już wcześniej mnie bolało, ale dopiero w resto zauważyłem jak bardzo mi spuchła lewa kostka i że cholernie mnie to boli. Ledwo wróciłem do schroniska. Dodatkowo, ponieważ przez cały dzień byłem na słońcu (oczywiście bez żadnej ochrony przeciwsłonecznej oprócz okularów), to byłem megaczerwony, było mi w pokoju zimno i miałem dreszcze. Chłopacy wrócili w dwóch partiach i to ja zawsze wstawałem i im otwierałem, a nie byłem w najlepszej formie.

W sobotę pojechaliśmy tylko do Parku Guell, który zaprojektował Gaudi. Park jak park - ok, zapewne ma urok, ale musi być w nim mniej turystów. Niestety, długi majowy weekend, to nie jest najlepszy moment na wycieczkę do Barcelony (do Paryża zresztą też nie). Nawiasem pisząc, bardzo dużo było w mieście Francuzów. Potem wróciliśmy do hostelu. Ja musiałem odpocząć, więc zostałem, a Subha, Norberto i Anders(s)on gdzieś wybyli. Potem się trochę zmobilizowałem, wstałem i poszedłem zrobić parę zdjęć w okolicy. Towarzysze podróży znów wracali w nocy, znów partiami, ostatnia partia chyba ok. 6.30.

W niedzielę czekałem już tylko na autobus. Jeszcze powłóczyłem się trochę z Norberto po Dzielnicy Gotyckiej, ale to już było takie włóczenie dla włóczenia (on szukał jakiś suwenirów). O 15.30 wyruszyliśmy w drogę powrotną, którą - z powodu mojej spuchniętej stopy - bardzo źle przeżyłem i wspominam. Prawie nie spałem.

Do Paryża dotarliśmy o 6.10. Trochę się przespałem, potem wstałem, chciałem iść pod prysznic, ale najpierw Marta B. dzwoniła, potem Marka K. dzwoniła i za każdym razem ktoś już mnie zdążył ubiec i zająć miejsce. Do pracy dotarłem niewiele przed południem. W jednym adidasie i jednym laczku. Potem był obiad (w drodze powrotnej nic nie jadłem, a na śniadanie dwa wafle ryżowe z dżemem), pogoda brzydka - zimno, pochmurno i deszczowo. Zero motywacji, najchętniej wróciłbym i położył się spać. Chciałem (jako że jestem teraz na pół etatu) wrócić o 17.00, ale oczywiście ciągle coś wyskakiwało i ostatecznie biuro opuściłem o 17.47.

Inne wspomnienia z podróży.
Barcelona - duże miasto i zabytki nie są tak skoncentrowane jak w Paryżu, więc się trudniej zwiedza.
Barcelona - wcale (wbrew temu co mi mówiono) nie jest tańsza od Paryża (może nie tam jadłem, gdzie powinienem?)
Na najbardziej znanej alei miasta - Las Ramblas wieczorem jesteś (przynajmniej ja byłem) zaczepiany przez prostytutki (same Murzynki), a porcie przez dilerów narkotyków. Dziewczyny powiedziały mi, że pewnie dlatego, że wyglądam na Brytola, którzy znani są z ekscesów (zresztą nie tylko tutaj pewnie).
Barcelona - miast kieszonkowców i innych złodziei. Mnie na szczęście nic przykrego nie spotkało, ale kiedy robiliśmy sobie zdjęcia, koleś próbował podebrać Subhie portfel (z torebki przewieszonej przez ramie), a jedna z Rosjanek została okradziona à l'arrache, czyli kiedy stała przy przejściu, jezdni (?) przejeżdżający na skuterze koleś zerwał jej z ramienia torebkę i tyle go widziała.

Coś mi się zapewne jeszcze przypomni, ale pewnie już nie będzie mi się chciało dopisywać. Zdjęcia tymczasowo są tutaj, ale potem wybiorę, poprawię i wrzucę jeszcze raz.